Demokracja sznurkowa

z19492383Q,Protest-pod-gmachem-TVP Pan prezydent Jądruś Duda postanowił wysłać list to pisma „Financial Times”, by zaprezentować zdumionej gawiedzi europejskiej fakt, iż polska demokracja miewa się doskonale i że nic jej nie zagraża. Problem w tym, że redakcja „FT” opatrzyła tenże list zdjęciem z protestów przed siedzibą TVP. Na zdjęciu widoczny jest transparent ze szczęśliwym jak jasna cholera Jarkiem, poruszającym jakimiś kukłami na sznurkach (w domyśle Szydłem z Worka oraz ministrami).

Nie wiem, czy to ilustracja zamierzona, czy też przypadkowa, ale jest absolutnie adekwatna do demokracji sznurkowej, którą uprawia od czasu ostatnich wyborów Prezes. Przewiduję, że w Polsce nastąpi rozkwit przemysłu produkcji sznurków, w miarę jak wzrastać będzie liczba marionetek. A sznurek musi być czasami transatlantycki, jako że w Nowym Jorku odbyła się ostatnio demonstracja pod niemiecką placówką dyplomatyczną z udziałem kilkunastu ludzi w wieku emerytalnym, którzy nieśli transparenty sugerujące, że „cała Polonia” popiera nową ekipę władczą. Nie cała, bo beze mnie, a zatem już tylko prawie cała. Co się zaś tyczy mocno zdumionej reprezentacji dyplomatycznej Niemiec w USA, jej przedstawiciel stwierdził rzekomo lakonicznie: „Ich habe keine Ahnung, was los ist”, czyli „Nie kapuję, o co chodzi”. No i bardzo dobrze, ja też nie kapuję.

A swoją drogą zastanawiam się, jaki jest delay time w sensie sznurkowym. Jeśli Jarek pociągnie za sznurek w Warszawie, to po jakim czasie marionetka w Nowym Jorku odczuje to pociągnięcie i odpowiednio zareaguje? Są tacy, którzy twierdzą, że jak Jarek ciągnie za sznurek, to dzieją się zupełnie inne rzeczy, niekoniecznie w Ameryce, ale to już nie moja sprawa.

Gallus Anonymus Americanus

Syf i Pic

16chappatte-master675Organizacja ratingowa Standard & Poor obniżyła ocenę kredytową Polski, co zapewne ma pewien związek z faktem, iż polska demokracja została zdrowo nadszarpnięta przez nowe polskie władze. Jednak minister finansów, Paweł Szałamacha, wcale się takimi głupotami nie przejmuje i twierdzi, że S&P popełniła błąd i wkrótce wycofa podjętą przez siebie decyzję.

Ja nie wiem, co pan minister ma na myśli, ale uważam, że posiada tylko dwie opcje do dyspozycji. Po pierwsze, polskie służby specjalne mogą dokonać w środku nocy rajdu na siedzibę S&P, obić komu trzeba mordy, wyrzucić szefa na zbity pysk i zainstalować własnego, bardziej przychylnego „dobrej zmianie”. Problem jednak w tym, że S&P nie działa na polskim terytorium, tak że wspomniany atak doprowadziłby do międzynarodowego ambarasu.

W związku z tym o wiele lepsza i prostsza jest druga opcja. Premier może powołać do życia rodzimą agencję ratingową, którą pan prezydent Duda natychmiast uzna i podpisze, co trzeba. Agencja ta może się zwać Syf i Pic, tak by skrót był ten sam. Polska S&P oceniać będzie kredytową sytuację wyłącznie Polski, zgodnie z wytycznymi rządu, a zatem zawsze ocena ta będzie AAA, czyli idealna. I problem rozwiązany. Zresztą nie tylko ten.

Ulży zapewnie też znacznie szyldowi intektualnemu i stylistycznemu PiS-u, Krystynie Pawłowicz, która w serwisie Twitter raczyła wyrazić pogląd, iż „prywatna firma ratingowa S&P, w interesie międzynarodowego i polskiego przegranego w wyborach lewactwa, przyłączyła się do wojny gospodarczej przeciwko Polsce”. I jeszcze, że PO „po trupie Polski i szkodach Polaków chce odzyskać władzę przy pomocy bagnetów lewackiej międzynarodówki”.

Jak by powiedzieli Amerykanie, holy shit! Strzał z grubej rury, któraż to gruba rura jest cechą charakterystyczną całokształtu działalności politycznej posłanki Pawłowicz. Zagraniczny S&P będzie sobie mógł nadal ostrzyć swoje lewackie bagnety, podczas gdy agencja Syf & Pic stać będzie na straży dobrego imienia polskiej gospodarki. No i będzie sukces!

Gallus Aonymus Americanus

Nie dajmy się wyDudać

Screen Shot 2016-01-15 at 9.07.44 AMBrytyjski historyk Timothy Garton Ash, od lat cynicznie pozujący na przyjaciela Polski i Polaków, napisał w dzienniku „The Guardian”, prowincjonalnej angielskiej szmacie bez jakiejkolwiek wartości, komentarz pt. „Filary polskiej demokracji są niszczone”. Przestrzega w nim, że nad Wisłą odbywa się pośpieszny demontaż demokracji za sprawą Kaczyńskiego oraz prezydenta Dudy, który „zachowuje się jak jego posłuszna marionetka”.

A co on tam może wiedzieć o naszych genialnych przywódcach? Przecież jest profesorem w nędznej szkole o nazwie Oxford University. Rząd musi zawsze zdecydowanie stawiać na solidnych naukowców, takich jak inżynier mechanik Binienda, który jest w stanie udowodnić wszystko przez symulacje komputerowe. Jedna z takich symulacji z pewnością wykaże, iż Duda nie jest marionetką, gdyż samodzielnie podejmuje codziennie decyzje o tym, kiedy zjeść śniadanie i kiedy paść na kolana (mniej więcej raz na godzinę). Poza tym marionetki są lalkami poruszanymi od góry przy pomocy nitek lub drucików, a przecież powszechnie wiadomo, iż prezydent jest wydudywany od spodu przez Ptaka z rzędu blaszkodziobych.

Ponadto, nie będzie nam jakaś obca profesorzyna mówiła, gdzie są nasze filary. My doskonale wiemy i sami sobie je rozwalimy, jeśli nam przyjdzie na to ochota. A już przyszła.

Gallus Anonymus Americanus

Chamstwo w biały (nowojorski) dzień

13wed1-1452639596790-superJumbo

No proszę. Ledwie dzień upłynął od mojego poprzedniego tekstu, a już nowi Amerykanie dołączyli do grona żydokomuchoantypolskoignorancko-pedalskoeunuchowatowegetariańskorowerowoanalfabetyczniezapluto-karłów. Tym razem chodzi o cały zespół redakcyjny prowincjonalnego, niewiele znaczącego i z gruntu komunistycznego dziennika „The New York Times”.

W komentarzu redakcyjnym pod tytułem „Polska zbacza z drogi demokracji”, opatrzonym ilustracją umieszczoną powyżej, bezmózgowcy amerykańscy krytykują ostro poczynania nieomylnego Wodza Jarkolissimusa i jego biura politycznego. Jest to jeszcze jeden przykład niezaprzeczalnego chamstwa w stosunku do władzy, która przecież robi wszystko, by w Polsce każdy mógł nosić beret i krzyż, niekoniecznie w czasie marszu na Golgotę.

Oszczerczy artykuł w „The New York Times”, inspirowany z pewnością przez określone koła na Zachodzie, w tym amerykańskie i niemieckie ziomkostwa oraz obu członków Komunistycznej Partii USA, zawiera następujący akapit: „Problem leży w tym, że pan Kaczyński – oraz inni, którzy w Unii Europejskiej i instytucjach liberalnych widzą zagrożenie dla swojego stylu życia – nie rozumieją, że wspólnie dzielone wartości i swobody, oraz instytucje, które stoją na ich straży, to najlepsza obrona przeciwko takiej dyktaturze jak komunizm, który Polacy musieli znosić”.

Prowokacja szyta grubą, syjonistyczną nicią!

Gallus Anonymus Americanus

Nędznik z Waszyngtonu

Jeden z najważniejszych publicystów jednego z najważniejszych dzienników w USA miał czelność, a może nawet bezczelność, skrytykować ostro to, co dzieje się ostatnio w Polsce. Na łamach gazety „The Washington Post” Jackson Diehl napisał, że nowy rząd mianował ministrem obrony „zdeklarowanego antysemitę”, podporządkował służby specjalne „człowiekowi, który wcześniej został skazany za nadużywanie władzy i prześladowanie przeciwników politycznych” oraz „próbował ingerować w działalność teatru we Wrocławiu”, czyli w mieście, w którym wcześniej doszło „do spalenia kukły Żyda trzymającego flagę Unii Europejskiej”. Diehl napisał też, że Kaczyński jest produktem „odrażającego populizmu rodem sprzed II wojny światowej, który został zachowany przez okres komunizmu, a który jest mieszanką ksenofobii, antysemityzmu, skrajnie prawicowego katolicyzmu i przywiązania do autokracji”.

Pokuszę się w związku z tym artykułem o skonstruowanie, zgodnie z jedynie słuszną propagandą PiS-u, obrazu tego nędznika, jakim jest bezsprzecznie Jackson Diehl. To co napisał jednoznacznie i automatycznie przypisuje mu następujące, z gruntu negatywne cechy:

  1. Żyd (ludzie wyznania mojżeszowego nie rozumieją, że Polacy są Wielcy i stoją zmarznięci jak jasna cholera na górze Mont Blanc w oczekiwaniu na mistyczne spełnienie misji ocalenia świata, w ogromnym cierpieniu, ma się rozumieć)
  2. Komuch (no musi być komuch, żeby razem była żydokomuna)
  3. Antypolski liberał (sprawa oczywista – wszyscy liberałowie to wrogowie Polski i Polaków, nie mówiąc już o tym, że ciągle gdzieś pedałują i żrą marchewki)
  4. Ignorant (pewnie że tak, skoro nie wie, że Kaczor i Macior są w dechę)
  5. Pedał (homoseksualiści nie są w stanie docenić genialności obecnego rządu, ponieważ są zajęci bez reszty sodomią oraz wpieprzaniem warzyw podczas jazdy na rowerze)
  6. Eunuch (tylko facet bez jaj mógł coś takiego napisać)
  7. Wegetarianin (zdaniem ministra spraw zagranicznych RP, wszyscy jarosze to lewacy i pedały)
  8. Rowerzysta (zdaniem ministra spraw zagranicznych RP, wszyscy rowerzyści to lewacy, pedały i wegetarianie)
  9. Analfabeta (tylko niepiśmienny może spisywać takie bzdury, a nawet wtedy, gdy je spisuje nadal jest analfabetą)
  10. Amerykanin (niby nie wyzwisko, ale nie dla Jarka i spółki)
  11. Zapluty karzeł reakcji (zgrabne nawiązanie do przeszłości)

Może coś pominąłem, ale w sumie powyższa lista oddaje w pełni spaczony charakter amerykańskiego dziennikarza, który nieopatrznie się wychylił i niesłusznie skrytykował właśnie powstający nad Wisłą raj. Gdybyż on tylko wiedział, jakim jest baranem, to by natychmiast wziął duży rozbieg i roztrzaskał się o mur.

Gallus Anonymus Americanus

 

O rzut beretem od rzeczywistości

Spotkałem niedawno mojego amerykańskiego kumpla z Cleveland. „Cześć, kopę lat” – rzucił ochoczo pod moim adresem – „Co u ciebie słychać?”

„Nic specjalnego” – odparłem z wrodzoną ostrożnością – „A u ciebie?”

„A wiesz, byłem niedawno w Rosji, na wyjeździe służbowym.”

„Naprawdę? A gdzie konkretnie?”

„W Smoleńsku. W czymś, co nazywa się Смоленский авиационный завод.”

„A to tam, gdzie produkują sztuczną mgłę.”

„Już nie. Parę lat temu rozbił się tam jakiś samolot i od tego czasu podaż sztucznej mgły znacznie przewyższała popyt, w związku z czym w końcu dali sobie z tym spokój.”

„To co tam teraz robią?”

„Berety.”

„Jakie berety?”

„Moherowe. Mają wielkie zamówienie z Polski, od prezydenta. Na kilka milionów sztuk. Są robione z tytanowych nici, żeby przetrwały do XXV Rzeczypospolitej.”

„A po cholerę prezydentowi tyle beretów?”

„Zamierza je rozdać w ramach wielkiej akcji, bo te stare, zalegające obecnie na głowach ludzi, są wyświechtane i zbyt płaskie od częstego noszenia i walenia łbem o kościelne posadzki oraz o kanty konfesjonałów.”

„No i co z tego, że płaskie?”

„Podobno od płaskiego beretu ma się nierówno.”

„Na głowie?”

„Nie, pod stropem.”

„To wiele wyjaśnia. Jak się ta beretowa akcja ma nazywać?”

„WOMP, czyli Wielka Orkiestra Moherowej Pomocy.”

„A kto tym dyryguje?”

„Polski rząd zatrudnił jakiegoś człowieka z Chicago, bo podobno jego nazwisko do tego wszystkiego pasowało.”

„Tak? To jak się ten facet nazywa?”

„George Owsianka.”

Gallus Anonymus Americanus

P.S. Na szczęście, powyższa rozmowa mi się śniła. Na nieszczęście, jest ona niebezpiecznie daleka od surrealizmu.

KAMADUKU

Tak sobie siedzę w tej Ameryce do dziesięcioleci i przyglądam się Polsce niczym kibic. Chcę oczywiście, żeby zawsze awansowała wyżej, ale ostatnio zachowuje się jak Śląsk Wrocław na zbiorowym kacu tuż przed spadkiem do drugiej ligi. W związku z tym smutnym stanem rzeczy zacząłem szukać jakiegoś zarzewia odrodzenia, jakiejś nitki prowadzącej do lepszego jutra. No i znalazłem.

Z pomocą przyszli naukowcy, którzy niedawno ogłosili, że do tabeli Mendelejewa dodadzą cztery nowe pierwiastki. Przeciętny Kowalski nigdy ich nie zobaczy, ani też nie zrobi sobie z nich ramy do roweru, jako że są to substancje dość mocno ulotne, których atomy rozpadają się rzekomo już po niewielu milisekundach laboratoryjnie sprokurowanego istnienia. Nie to jest jednak ważne.

Istotny jest natomiast fakt, że nowe pierwiastki nie zostały jeszcze nazwane, co oznacza, iż otwiera się przed nami ogromna szansa. Wprawdzie jakieś tam międzynarodowe zasady stanowią, iż dodatki do tablicy Mendelejewa muszą być nazywane w ściśle ustalony sposób (naukowcy, minerały, kraje, itd.), ale sądzę, że kompletnie przeorany i zgwałcony od tyłu nocą Trybunał Konstytucyjny może z pewnością uznać, iż możliwy i legalny jest również chrzest pierwiastków z pozycji czysto politycznych.

Początkowo myślałem nawet, że po mojej stronie Atlantyku też są pewne możliwości. Któż mógłby się oprzeć takim nowym pierwiastkom jak trump, cruz, rubio oraz carson? Nazwy jędrne, zwięzłe i fonetycznie estetyczne. Potem jednak doszedłem do wniosku, że lepiej oddać tę szansę w całości Polsce. Uważam, że nowa władza nad Wisłą winna zabiegać usilnie o to, by te cztery nowe substancje chemiczne nazwać kaczor, macior, duda oraz kurski. Szydło i Rydzyk odpadają, bo spółgłoskowo skonfudują nieuchronnie świat. Symbole tych pierwiastków powinny brzmieć Ka, Ma, Du oraz Ku, co razem daje Kamaduku. Jest to podobno rzadko widywane zwierzę z Madagaskaru – niskie, wredne, śmierdzące i obleśne – które również rozpada się po niewielu milisekundach laboratoryjnie sprokurowanego istnienia. No i właśnie o to powinno nam wszystkim chodzić.

Gallus Anonymus Americanus